Co się stało w kraju nad… Dunajem.

Prosiłem o ładną pogodę, niestety ktoś kiedyś mądrze powiedział, że trzeba uważać czego sobie życzymy. Moje życzenie chyba trafiło na bardzo pomyślną falę, bo 20 stopni w cieniu o godzinie 6 rano bynajmniej nie zachęcało do biegania. A biegać trzeba było. Nie po to przecież jechałem kilkaset kilometrów, przekraczałem 3 granice i męczyłem się z dziwnym językiem w okienku biletowym na Budapesztańskim dworcu, żeby teraz nie pobiec.

Start Salomon Visegrad Trail  – 30 kilometrowego biegu z Wyszehradu do Szentendre zaplanowany był w tym roku na godzinę 11. Na kilka dni przed zawodami cieszyłem się, że nie będę musiał wstawać skoro świt, żeby dotrzeć na linię startu. Jednak dwa dni przed biegiem już wiedziałem, że tak późna godzina będzie istnym przekleństwem. I była.

Myślę, że określenie „żart lejący się z nieba” nie będzie tutaj zbytnią przesadą. Mimo, że trasa w dużej mierze idzie zacienionym terenem leśnym, wiedziałem, że czekają mnie także odcinki na otwartym terenie. A z takim upałem nie ma żartów.

Biuro zawodów

Biuro zawodów

Na kilka minut przed godziną 11, wszyscy zawodnicy ustawili się w bramie wyszehradzkiego zamku, gdzie znajdowała się linia startu. Ustawiam się w trzeciej linii. Krótkie odliczanie i startujemy. Plan jest prosty – na początku trzymać się z czołówką, a gdy wyrobię trochę przewagi – staram się utrzymać tempo i się nie zajechać jak rok temu. Wszystko idzie całkiem nieźle, trzymam się mniej więcej w okolicach 6-7 pozycji. Jest ciepło, nawet bardzo, ale udaje mi się utrzymać pozycję.

Niestety między 2 a 3 kilometrem zaliczam wywrotkę – na zbiegu zahaczam nogą i nagle świat zaczyna zwalniać. Na szczęście nie stało się nic poważnego, nawet specjalnie się nie poobijałem. Po upewnieniu biegaczy, którzy byli w okolicy, że wszystko ok – biegnę dalej.

Plik_002

W pewnym momencie wyprzedza mnie dwójka Węgrów – on i ona. Napierają bardzo ostro, na zbiegu trzymam się za nimi, szeroka szutrówka, nie ma co szarżować, tempo w okolicach 4:30-4:40 jest wystarczające. Niestety, w pewnym momencie biegaczka staje przede mną jak wryta i już wiem o co chodzi. Doświadczyłem tego nerwowego rozglądania się w koło w zeszłym roku. Zgubili drogę. Wszyscy zgubiliśmy. Ja wychodzę tutaj na tego najgłupszego, bo przecież mam track w zegarku, powinienem zwrócić na niego uwagę. Niestety, tak się złożyło, że droga, którą biegliśmy w końcu połączyłaby się z trasą biegu, więc strzałka z właściwym kierunkiem nie odstawała specjalnie od normy.

Wracamy. Nie wiem ile mam straty, na oko wydaje mi się, że nadrobiliśmy co najmniej kilometr i kilka minut mamy w plecy. Nagle cały stres, wszelkie plany, wszystko po prostu zeszło ze mnie. Będzie słaby wynik? Bo się zgubiłem. Będzie gorsze miejsce niż rok temu? Bo się zgubiłem. Jakie to proste wytłumaczenie.

Na starcie

Na starcie

Pod górę wyprzedzam kolejne osoby, przy punkcie żywieniowym w Pap-Ret mamy nawrotkę, mogę na spokojnie ocenić „straty”. Widzę też Przemka, rzucam tylko wściekle „kur… pogubiłem się” i kieruję się w stronę wodopoju. Nawet nie patrzę co jest do jedzenia, chcę jak najszybciej zacząć gonić resztę. Po jakiś dwóch kilometrach doganiam Przemka, wyprzedam kolejne osoby. Kosztuje to sporo wysiłku, ale efekt jest widoczny. Na punkcie byłem 44 (czyli wyprzedziło mnie prawie 40 osób!), z czasem odrabiam straty.

Zaczyna się długi i stromy jak na tutejsze warunki zbieg, który kończy się pierwszą z dwóch czekających mnie „ścian”. Ściana to dobre słowo. Już samo spojrzenie na profil trasy przyprawia o ciarki, w rzeczywistości jest tylko gorzej. Na zbiegu jem kolejny żel, uzupełniam płyny. To tutaj rok temu mnie odcięło, nie chcę popełnić tego samego błędu. Powoli, ale wdrapuję się na górę, szybki spojrzenie na piękny widok i już trzeba zbiegać na dół, wąskim, szybkim single-trackiem. W zasadzie tylko po to, aby znowu musieć wdrapać się na kolejny szczyt z morderczym przewyższeniem. Tym razem jest znacznie gorzej. Nachylenie jakby wyższe, co jakiś czas muszę przystawać, łydki palą ogniem piekielnym (jakby temperatura powietrza nie była wystarczająco wysoka!). Na szczęście inni też nie mają łatwo i powoli nadrabiam straty do kolejnych zawodników.

Po zdobyciu drugiej „igielicy” wiem, że czeka mnie już głównie zbieg. Co nie znaczy, że będzie łatwo. Trzeba wykrzesać siły i utrzymać odpowiednią prędkość. Dobiegam do Skanzenu – drugiego i zarazem ostatniego punktu odżywczego na mojej trasie. Miła obsługa oblewa mi głowę wodą, uzupełniam flaski izotonikiem i wodą. Do pełna. Mimo, że do mety niecałe 6 kilometrów. Wiem, że teraz drzewa nie będą chronić mnie już przed słońcem. Będzie asfalt, osiedlowe uliczki i odsłonięte pola. Piję jak szalony. Mijam kolejne osoby, spoglądam na zegarek – jeśli niebo nie zwali mi się na głowę, poprawię czas z zeszłego roku!

Wbiegam do starego miasta, ostatni podbieg, mijam kolejne osoby, na rynku widzę kolejnego zawodnika, które wyprzedzam. I tu niestety zabrakło mi zimnej głowy. Za wcześnie zaatakowałem, a kolega dwie głowy wyższy ode mnie, jak odpalił swoje długie nogi, to mimo zapasu sił nawet nie miałem się co ścigać. Uśmiechnąłem się tylko pod nosem. I już na spokojnie wbiegam na metę. Czas zatrzymuje się dla mnie na 3:14:54. Na mojej głowie ląduje mokry ręcznik, w końcu koniec tej męczarni.

Idealny lokal dla finisherów :)

Idealny lokal dla finisherów :)

Był to jeden z moich najlepszych startów. Pogubienie trasy kosztowało mnie co prawda teoretycznie pudło (choć teraz to gdybanie), ale tytaniczna praca jaką wykonałem, żeby nadrobić stratę do tej pory mnie zadziwia. Rzadka mogę to powiedzieć szczerze, ale wykonałem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty!

Po biegu oczywiście kibicowałem pozostałym zawodnikom!

Po biegu oczywiście kibicowałem pozostałym zawodnikom!

Był to mój trzeci start na tej imprezie. Po raz kolejny pozostał pewien niedosyt i istnieje duże prawdopodobieństwo, że za rok znów pojawię się w urokliwym Szentendre!

Dziękuję organizatorom za zaproszenie na tę świetną imprezę! Köszönöm szépen!