„Niewidzialne granice” – recenzja nowej książki Kiliana Jorneta

Kilian Jornet to jedna z najbardziej rozpoznawalnych osób w świecie biegów górskich. Utytułowany, genialny – można by dużo pisać. Im więcej czytałem o jego niesamowitych wyczynach, tym bardziej chciałem przeczytać tytuł sygnowanych jego nazwiskiem – Biec albo umrzeć. Niestety ostatecznie okazało się, że była to jedna z najgorszych rzeczy po jakie kiedykolwiek sięgnąłem. Łatwo się więc domyślić jakie nastawienie miałem do jego nowej książki – Niewidzialne granice. Wraz z wieloma osobami zastanawialiśmy się, czy będzie tak samo źle czy może jeszcze gorzej? Okazało się jednak, że czasem warto dać drugą szansę, gdyż nowa pozycja jest lepsza, mogę wręcz zaryzykować stwierdzenie, że jest całkiem dobra.

Musimy sobie jednak na wstępie wyjaśnić jedno – nie jest to w żadnym stopniu książka o bieganiu. Owszem – motyw biegania przewija się co jakiś czas, ale jest moim zdaniem mało istotny i mógłby zostać zastąpiony jakąkolwiek inną aktywnością sportową. Jeśli więc chcesz przeczytać o kolejnych startach, technice biegowej, czy o tym co autorowi siedziało w głowie na 50 kilometrze jakiś zawodów – nie jest to pozycja odpowiednia dla Ciebie.

O czym więc napisał Kilian? Książka dzieli się na dwie części – pierwszą, która traktuje o prawdziwych wydarzeniach w Alpach, gdzie opisuje między innymi śmierć swojego górskiego partnera i to jak sobie później z nią radził. Oraz część drugą – fikcyjną, jednak opartą na doświadczeniach autora, a co za tym idzie – bardzo realistyczną w swojej treści. Trochę obawiałem się części fikcyjnej – zdecydowanie dłuższej. Na szczęście niepotrzebnie. Czas spędzony zimą z Kilianem w małej, prawie, że odciętej od świata himalajskiej wiosce był wciągający. Mimo, że próżno szukać tam wartkiej akcji – autor potrafił przekazać specyficzny klimat, który na pewno bardzo docenią wszyscy ludzie gór.

W końcu dostałem to, czego brakowało mi w poprzedniej publikacji – mogłem dowiedzieć się czegoś bardziej osobistego o Kilianie. Bo ta książka jest bardzo osobista, powiedziałbym, że wręcz intymna. Zawsze mamy jakieś wyobrażenia o swoich idolach, czy też po prostu ludziach z pierwszych stron gazet. I tak, wydaje nam się nie raz, że znany sportowiec, sama czołówka – to jakiś rodzaj cyborga, wyzuty z ludzkich cech i uczuć, a opisane przez autora wydarzenia, doskonale pokazują jego jakże ludzki sposób myślenia – pełen nadziei i marzeń, ale także obaw i lęków. Strachu, którego nie dostrzeżemy na promocyjnych filmach popularnej marki biegowej. Lęku o zamknięcie pewnych etapów swojego życia.

Kilian jako osoba, która w bardzo młodym wieku osiągnęła już praktycznie wszystko co mogła osiągnąć, zaczyna zmierzać się z pewnym rodzajem pustki, która wymusza na nim przesuwanie kolejnych granic wciąż dalej i dalej. Widać pewnego rodzaju obsesję autora na tym punkcie. Jednocześnie szum wokół jego osoby zaczyna mu coraz bardziej ciążyć – z jednej strony zawody sportowe to okazja do spotkania wielu przyjaciół oraz rywalizowania z innymi, z drugiej strony widać wyraźnie, że popularność bywa coraz bardziej przytłaczająca.

Wielu ludzi pytało mnie czy w nowej książce Kilian też tak bardzo “filozofuje”. Śpieszę z odpowiedzią – “filozofuje”, ale jakby bardziej dojrzale. Czytając “Biec albo umrzeć” miałem wrażenie, że autor naczytał się zbyt wielu motywujących tekstów z internetu – było to naiwne i zbyt patetyczne. Między tymi tytułami były zaledwie 2 lata przerwy, ale różnica dla mnie jest kolosalna. Pierwsza książka odpychała swoim nadętym i pretensjonalnym tonem, tą natomiast odbieram zupełnie inaczej. Jest bardziej autentyczna i mnie przekonuje – choć do nadmiernego filozofowania chyba po prostu trzeba się przyzwyczaić!

Dziękujemy Wydawnictwu SQN za udostępnienie książki do recenzji!