Bieg Ultra Granią Tatr 2015 – zawody od drugiej strony

Z reguły na zawodach występujemy w roli zawodników lub osób, które robią jedynie zdjęcia. Tym razem postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda taki bieg od drugiej strony – z perspektywy obsługi, wolontariuszy. Udało nam się dostać do zacnego grona ponad 100 osób, które pomogły w przeprowadzeniu tego, jak się okazało,  całkiem skomplikowanego logistycznie wydarzenia.

Górskie opowieści w trakcie rekonesansu trasy.

Górskie opowieści w trakcie rekonesansu trasy

Ludzie do pomocy byli potrzebnie praktycznie wszędzie – od biura zawodów, gdzie zawodnicy przez cały piątek mogli odbierać pakiety, poprzez start, metę jak i całą trasę biegu. My chcieliśmy pójść w teren, na trasę, tak aby Magda mogła zrobić jak najlepsze zdjęcia, w bądź co bądź, najbardziej malowniczych górach w Polsce. Przed czwartkową odprawą dla wolontariuszy poszedłem jeszcze na mały trening – pobiegłem na Nosal. Generalnie myśleliśmy, że piątek będzie raczej luźny, dostaniemy niezbędne rzeczy, które musimy wziąć ze sobą na punkt i tyle. Nic bardziej mylnego. Cała nasza grupa (która odpowiedzialna była za odcinek drugi – Schronisko Ornak – Schronisko Murowaniec) przed godziną siódmą rano udała się w kierunku Doliny Kościeliskiej w celu rekonesansu terenu. Tego dnia pokonałem 28 kilometrów (Magda zeszła troszkę wcześniej). Grupę prowadził Witold Cikowski – doświadczony ratownik TOPR. Tempo więc było całkiem rześkie, ale była to też świetna okazja do porozmawiania na interesujące tematy górskie!

Telefon do sędziego głównego z numerem zawodnika, który zszedł z trasy

Razem z Magdą zostaliśmy przydzieleni do punktu pod Kasprowym Wierchem. Oznaczało to, że już o godzinie 8:10 musieliśmy być tam w gotowości. Pobudka o godzinie 4:00, szybkie śniadanko, pakowanie i już idziemy w stronę Kuźnic. Na punkcie jestem po dwóch godzinach i 22 minutach, Magda dociera niedługo po mnie. Mamy jeszcze prawie godzinę, aby wszystko przygotować. Szybko rozstawiam chorągiewki, które mają wskazywać zawodnikom drogę w skalistym terenie, Magda natomiast szuka dobry „spotów” do robienia zdjęć. Na pierwszego zawodnika czekaliśmy dość długo. Bartek Gorczyca wpadł na punkt ze sporą przewagą, ale było widać jego zmęczenie i zakomunikował, że skończyła mu się woda. Niestety nie mogliśmy mu dać nic do picia, bo za pomoc na trasie uczestników czekała dyskwalifikacja. Na szczęście do punktu odżywczego w Murowańcu było już tylko 2,5 kilometra. Kolejni zawodnicy pojawiali się w kilkuminutowych odstępach, później wpadały coraz to większe grupy biegaczy.

Rekonesans trasy

Rekonesans trasy

Mimo, że trasa była przez nas dobrze oznaczona i wydawać by się mogło, że nie można jej pomylić – zmęczenie ultrasów na 37 kilometrze dawało się we znaki. Wielu zawodników dosłownie wpadało na mnie, bo zagradzałem ścieżkę, która była myląca i którą nie prowadziła trasa. Także nie można było ani na chwilę odpuścić i każdy zawodnik, który przebiegał musiał być należycie „obsłużony” i poinformowany gdzie idzie trasa. Prócz tego oczywiście staraliśmy się powiedzieć kilka miłych słów i zagrzać do walki. Sami biegamy i wiemy jakie to ważne, szczególnie gdy organizm balansuje na granicy wytrzymałości. Warto dodać, że wielu turystów ochoczo dopingowało zawodników i nie odnotowaliśmy praktycznie żadnego nieprzyjemnego incydentu (pomijając jednego Pana, który pod nosem rzucił mięsem oburzony, że partnerka prosi go, aby zrobił miejsce biegaczom). Sporo osób interesowało się co to za impreza, wszyscy natomiast byli pod wrażeniem gdy słyszeli ile kilometrów w nogach mają już biegacze i ile jeszcze ich czeka.

Przez długi czas nad Tatrami wędrowała burza – szczególnie w okolicach słowackiego Krywania, ale także w Tatrach Zachodnich i polskich Tatrach Wysokich. U nas na szczęście tylko trochę pokropiło, ale na Krzyżnym zawodnicy mieli nieprzyjemność w postaci gradu i ekstremalnie śliskich kamieni.

O godzinie 14:00 mijał limit czasu przy Schronisku Murowaniec. Po tej godzinie dotarło do nas jeszcze kilkanaście osób, które (co ciekawe) z uśmiechem na ustach stwierdzały, że tym razem po prostu się nie udało. Mogliśmy ich przynajmniej poczęstować wodą! Później dotarła do nas para zamykająca bieg, która dała ostatecznie zielone światło na spakowanie punktu i ewakuowanie się na dół. Magda musiała niestety zjechać kolejką, gdyż w trakcie podchodzenia wróciła jej kontuzja kolana – cena jest iście zbójnicka, 43 złote za sam zjazd ze zniżką studencką … Plus tego był taki, że mogła ona wziąć mój plecak z całym sprzętem, a ja na lekko z butelką izo i batonikiem w ręce pozwoliłem sobie na szybki zbieg wśród tłumu klapkowiczów (para w japonkach pod szczytem – dla mnie hit!).

Najlepsi kibice na trasie :)

Najlepsi kibice na trasie :)

Muszę przyznać, że cały ten dzień totalnie nas wykończył. Niby to tylko stanie na punkcie i kierowanie ruchem oraz sprawdzanie czy zawodnicy nie łamią regulaminu (w moim przypadku) oraz robienie zdjęć (w przypadku Magdy), ale człowiek jednak cały czas aktywnie się w to wszystko angażował. Po zbiegu/zjechaniu do Kuźnic jeszcze kibicowaliśmy wbiegającym od strony Nosalu zawodnikom. Gdy dotarliśmy na metę, załatwiliśmy formalności oraz zjedliśmy znakomity posiłek (taki sam jak dostawali zawodnicy) – do wyboru był kompot lub kilka rodzajów piwka, na pierwsze danie zupka pomidorowa, a na drugie do wyboru makaron lub kasza, dwa rodzaje sosów i albo mięsko albo grillowane warzywa. Wszystko bardzo dobre – trzeba przyznać, że firma cateringowa naprawdę dała radę i był to jeden z najlepszych posiłków jakie jedliśmy na zawodach.

Rola wolontariusza na zawodach była bardzo ciekawym doświadczeniem. Podsumowując napiszemy z czym to się wiązało w naszym przypadku.

  • Musieliśmy być na miejscu w czwartek o godzinie 19:00 (odprawa).
  • Sobota od godzin porannych do około godziny 15-16 wypełniona byłą rekonesansem trasy. Później odebrać musieliśmy jeszcze niezbędne rzeczy do oznaczenia punktu.
  • Każdy z nas dostał okolicznościową koszulkę techniczną marki Salomon (niestety nie było męskich rozmiarów S, więc moja posłuży jedynie na spacerach), pamiątkowego Buffa oraz batoniki energetyczne (sztuk dwie jeśli dobrze pamiętam).
  • Zapewniono nam nocleg (3 noce) na campingu przy rondzie w Kuźnicach (zaraz przy biurze zawodów oraz mecie biegu) – oczywiście we własnym namiocie.
  • Transport na rekonesans był pokryty przez organizatora. Podobnie miało być z biletami wstępu na teren TPNu, ale gdy przybywaliśmy ku wejściu do doliny kasy nie były jeszcze czynne.
  • W dzień zawodów otrzymaliśmy posiłek (taki jak zawodnicy) – trzeba dodać, że bardzo dobry.

Łyżka dziegciu w beczce miodu. Mniej więcej tydzień przed zawodami otrzymaliśmy maila z listą rzeczy, którą powinniśmy wziąć ze sobą na punkt. Była to między innymi apteczka turystyczna – jej wypełnienie kosztowało mniej więcej 30 złotych. Prócz tego mieliśmy zabrać worki na śmieci oraz wodę dla siebie i zawodników. I tutaj pozostaje pewien niesmak. Mimo wszystko jechaliśmy tam jako wolontariusze, spodziewaliśmy się więc, że organizatorzy zaopatrzą nas we wszystko co niezbędne do naszej pracy (szczególnie, że wpisowe na imprezę jak wiadomo nie należało do najniższych, odliczając koszt haraczu dla TPNu – 250 złotych). Oczywiście kupiliśmy wszystko o co nas proszono, stać nas przecież na głupi worek i trochę wody. Nie byłoby jednak lepiej, gdyby organizatorzy na odprawie rozdali swoim ludziom te worki oraz jakąś wodę? Przecież to koszt praktycznie zerowy, a wrażenie zdecydowanie lepsze.

Na koniec zapraszamy wszystkich do wyjątkowo udanej galerii zdjęć z zawodów, autorstwa Magdy oczywiście :)