Mistrzostwa Polski Skyrunning – Tatrzański bieg wysokogórski im. Franciszka Marduły. Relacja z trasy.

O 6:30 byliśmy na Placu Niepodległości, gdzie odbywał się honorowy start pierwszych w mojej biegowej karierze Mistrzostw Polski w Skyrunningu. Wokół sama śmietanka polskich biegaczy górskich, co trochę przytłaczało, ale bez kompleksów stanąłem w drugim, może trzecim rzędzie na linii startu. Założenie było proste, minimum pierwsza trzydziestka OPEN. Błogosławieństwo, kilka słów od organizatorów na temat bezpieczeństwa i zaczęło się odliczanie. Zakładałem, że elita ruszy tempem około 4 min/km, trochę się jednak przeliczyłem, gdyż poza Marcinem Świercem i Bartoszem Gorczycą, którzy zaczęli rzeczywiście w okolicach 4:10, reszta biegła komfortowym dla mnie tempem 4:30 min/km.

fot. Marek Petraszek

fot. Marek Petraszek

Najpierw 3 kilometry asfaltu do Kuźnic, skręt przed stopniem wodnym i rozpoczęliśmy atak na Nosal. Podbieg, a raczej podejście, od razu okazało się tak strome, że czołówka zwolniła i maszerowaliśmy równo jak w kolejce w supermarkecie, jednak wraz z pokonywaniem podejścia między zawodnikami robiły się coraz większe przerwy. Dla mnie to podejście nie było specjalnie wymagające i nie dałem wyprzedzić się nikomu. Na zbiegu sytuacja trochę się zmieniła, czołówka oddaliła się tak jak się tego spodziewałem oraz kilku biegaczy przemknęło obok krzycząc tylko : „Lewa wolna” lub „ Puścisz mnie z lewej”. W Beskidach to ja zwykle wyprzedzałem na zbiegach, jednak w Tatrach to inna bajka. Z racji braku większej ilości treningów w Tatrach, nie wiedziałem czy po klasycznych tatrzańskich schodach z granitu zbiegać co jeden, dwa czy może cztery stopnie, ostatecznie postawiłem na drobienie co jeden. Na szczęście zbieg szybko się skończył i rozpoczął się nie tak ostry, za to długi i monotonny, podbieg do Murowańca. Trochę biegiem, trochę podpartym marszem, odrobiłem stratę z Nosala, wyprzedzając jeszcze kilka osób. Prognozy pogody sprawdziły się w 100%, było bezchmurnie, ciepło i parno, co niestety szybko dało się we znaki. Osobiście preferuje bieganie w niskich temperaturach, dlatego na podejściu czułem że zaczynam odpływać i mówiąc w przenośni przegrzewał mi się silnik. Z tego transu, wybudziła mnie dziewczyna stojąca na szlaku, która wołała – „Dalej Megi, trzymaj”, oczywiście kibicowała znakomite narciarce i biegaczce Magdalenie Kozielskiej. W głowie przeleciała mi myśl, że przecież nie mogę przegrać z kobietą, nawet tak utytułowaną. Przycisnąłem i na końcu podbiegu usłyszałem chyba od jednego z organizatorów, że mam 10 min straty do lidera, co było dla mnie dobry rezultatem.

W Murowańcu czekał na nas pierwszy punkt żywieniowy. Od razu złapałem dwie butelki wody, kostkę czekolady i nie zatrzymując się pobiegłem dalej. Jedną butelkę wylałem całą na siebie, co sprawiło że poczułem się jak nowo narodzony, a drugą w połowie wypiłem i biegłem z nią aż do podbiegu pod Karb. Czekoladę chciałem zjeść, co na pewno dodało by mi jeszcze więcej energii, ale nie byłem w stanie jej przełknąć z powodu tempa i konsystencji, która bardziej przypominała Nutellę niż ciało stałe. Od schroniska do Stawu Gąsienicowego biegło się bardzo przyjemnie, płasko, szybko przeskakiwałem z kamienia na kamień, mając nadzieje, że żaden z co bardziej luźniejszych nie zrobi sobie ze mnie żartu i nagle nie obróci się gdy będę na niego stawał, wykręcają kostkę w kilku rożnych kierunkach. Dobiegłem do słynnego podejścia na Karb, czułem się świeżo więc zacząłem dość żwawo. Oczywiście przez większość tego odcinka, praktykowałem marsz podparty. Myślę że wyprzedziłem jakieś 3 osoby, jednak pod koniec przegonił mnie zawodnik który sprawnie posługiwał się kijami. Sam podbieg minął szybko i teraz czekał mnie zbieg. Wyciągnąłem wnioski ze zbiegu na Nosalu i postanowiłem bardziej zaryzykować, żeby nie tracić wyrobionej na podejściu przewagi. Myślałem, że zbiegam już naprawdę szybko, jednak za plecami usłyszałem kroki i sapanie. Wyprzedził mnie zawodnik którego minąłem na podbiegu. Za nim biegł drugi, lecz tym razem stwierdziłem, że nie odpuszczę i jeszcze odrobinę przyspieszyłem, oczywiście nie na 100% – miałem w głowie myśl, że chcę ten bieg ukończyć, bez kontuzji, bo sezon w pełni. Motywowany przez pościg utrzymałem tempo do końca i przed podejściem na Liliowe, nie dałem się już wyprzedzić. Tak jak zakładałem przed biegiem, ostatnie większe przewyższenie w górę okaże się kluczem do mojej końcowej lokaty. Przełęcz widziana z dołu trochę przytłaczała, ale chciałem odrobić stratę do biegacza który minął mnie na zejściu z Karbu. Przebiegając obok pozostałości śniegowych, naładowałem ile weszło śniegu do leginsów i kompresów na łydkach, aby zapewnić sobie stałe chłodzenie mięśni i wyrwałem w górę. Gdzieś w połowie podejścia dogoniłem, uciekiniera który zachęcił mnie do wyprzedzenia słowami ”Jak chcesz to biegnij”. Trochę nieśmiało coś wymamrotałem, że będę za nim, jednak po chwili dałem upust ambicji i szybkimi krokami zdobyłem wyższą lokatę. Przełęcz zdobyta, teraz lekkie wypłaszczenie, kolejny punkt odżywczy, tym razem na Kasprowym i informacja od organizatorów że jestem 27. Ta wiadomość sprawiła, że zapomniałem o skurczach, które w końcu się pojawiły. Teraz chciałem poprawić jeszcze bardziej swoją lokatę. Rozpocząłem (nie)wyczekiwany kilkukilometrowy, stromy zbieg do Kuźnic. Chciałem jak najmniej stracić, także zbiegałem dość ostro. Dopiero w tym miejscu czułem podłoże i wiedziałem na co pozwolą mi buty. Starałem się biec w miarę możliwości obok schodów i skupić się na uniknięciu uderzenia w korzeń lub wykręcenia kostki. Podniesiony na duchu przez satysfakcjonującą lokatę, czułem że wyścig układa się po mojej myśli i mogę biec jeszcze szybciej.

fot. Anna Karpiel-Semberecka

fot. Anna Karpiel-Semberecka

Gdzieś w połowie zbiegu wypiłem szota z kofeiną i magnezem, czując że powoli słabnę. Ambicjonalnie nie zwalniałem i dobiegłem do następnego punktu żywieniowego, około 24. kilometra. Wiedziałem, że jestem już blisko upragnionego finiszu, jednak nie spodziewałem się co mnie będzie czekać na ostatnich kilometrach. Na punkcie wypiłem tylko kubek wody, łapiąc kontakt wzrokowy z połówką banana, którego zaproponował mi steward, ostatecznie nie zjadłem go, nie chcąc tracić czasu.

Był to jedyny moment wyścigu, który mogę uznać za błąd taktyczny, ponieważ dość wymagający podbieg na Kalatówki przez drewniane mostki, schody i wystające kamienie wymagał energii, której mi już wtedy brakowało. Teraz wiem, że ta połówka banana czekała na mnie, miałem ją zjeść i z uśmiechem dobiec na metę. Góra ciągnęła się i ciągnęła, a ja słabłem z każdym krokiem, spoglądając na zegarek, jakbym chciał przyspieszyć przebiegane metry. Na przemian mijałem się z kilkoma zawodnikami dociągając na podejściach. Nareszcie długi zbieg Doliną Białego, kibice krzyczący ”Już tylko końcóweczka”  dodawali sił. Na końcu czekał mnie jeszcze dobieg do mety po asfalcie, nie wiem nawet jak długi, w każdym razie wystarczająco, aby gorąca, twarda ulica jeszcze bardziej mnie przyćmiła. Jednak w końcu na zegarku wybił 31 km z hakiem i zobaczyłem białą bramę mety. Skończyłem bieg na 23. miejscu OPEN i 18. w M-20 z czasem 3:39:54. Wynik taki osiągnąłem po dwóch latach biegania i myślę, że jest to dobry prognostyk na następne lata. Za rok na pewno wrócę z innym prosty założeniem, zajęciem miejsca w pierwszej 10 Mistrzostw Polski.

Bartek Kubera