Ultra Trail Hungary – niespełnione marzenia – relacja z trasy

Po kilku dniach opadów w Szentendre – węgierskim Kazimierzu, w końcu na dłużej zagościło słońce. Trudno powiedzieć czy powinniśmy się cieszyć czy nie – w końcu błoto na trasie zostanie, a upały w tych okolicach potrafią być niezwykle dokuczliwe.

Koło godziny 20 kładę się jeszcze na chwilę do łóżka, aby złapać jeszcze odrobinę snu przed najbliższą, bezsenną nocą. Ostatnie sprawdzenie sprzętu, szybkie ubranie się i o 23 wychodzimy w stronę centrum miasta.

IMG_7406

Tłumy kibiców na starcie!

Na starcie póki co niewielu biegaczy, ale z każdą minutą będzie ich przybywać, aby o północy przy niesamowitej atmosferze i wspaniałym dopingu rozpocząć ponad 100 kilometrową przygodę.

Nocny start odbył się w niesamowitej atmosferze.

Pierwsze kilometry prowadzą uliczkami miasta i okolicznymi polami, w końcu jednak teren zaczyna się coraz bardziej podnosić. W tym miejscu pojawia się błoto – dodatkowy gracz, który tym razem całkowicie zdominował zawody i to on właśnie rozdawał karty. Trzeba dodać, że nie mówimy tu o normalnym błotku, które po prostu pobrudzi nasze wymuskane buty trailowe i zostawi małą pamiątkę na opaskach kompresyjnych. Och nie, to było inne błoto. Agresywne i żarłoczne, które wielu biegaczy prawie pozbawiło obuwia. Nocna pora dodatkowo sprawiła, że walka ta była bardzo nierówna.

Ilość błota była niesamowita.

Przed pierwszym punktem odżywczym, w totalnych ciemnościach na błotnistej drodze pojawia się „pas startowy” z dziesiątek zapalonych świeczek. Trudno opisać to wrażenie, człowiek mógłby pomyśleć, że już zaczęły się omamy. Dotarcie do wodopoju trochę podniosło mnie na duchu. Kilka ciepłych słów od przemiłych Węgierek i trzeba było napierać dalej. Kolejny postój za 10 kilometrów, tym razem czekać na biegaczy będzie także jedzenie.

Przemili i uczynni ludzie z obsługi!

Dobiegając na drugi punkt daję znać mojemu supportowi, aby mieli czas dotrzeć z Szentendre – mamy spotkać się na przystanku trzecim. Stoisko z jedzeniem, mimo, że malutkie jest znakomicie zaopatrzone. Prócz tradycyjnych słodkości mogliśmy posilić się kiszonymi ogórkami, żółtym serem czy też zielonymi oliwkami. Osobiście sam chętniej sięgałem właśnie po te słone przekąski. Szkoda, że w Polsce tak rzadko można je znaleźć na zawodach. Tutaj też chip każdego zawodnika jest odbijany. Limit 3:45, mam godzinny zapas, nie jest to dużo, ale warunki nie sprzyjają szarżowaniu.

Najlepiej wchodziła Coca Cola!

Biegniemy dalej, na tym odcinku często jestem sam. Na szczęście szarfy znaczące trasę mają odblaskowe elementy, bez których nocne bieganie byłoby praktycznie niemożliwe. Mgła, która towarzyszy nam już od jakiegoś czasu robi się coraz bardziej gęsta. Na kolejnym punkcie – Klastrompuszta ma na mnie czekać support. Niestety, gdy dobiegam na miejsce nikogo nie ma. Wysyłam SMSa co się stało – Magda I tata musieli jechać bardzo wolno i trochę pobłądzili we mgle. Piszą, że już dojeżdżają, powoli jednak opuszczam punkt, liczyłem, że miniemy się jeszcze na drodze, ale nie zdąrzyli. Trudno, chciałem uzupełnić żele, ale został mi jeszcze jeden, powinno starczyć do kolejnego popasu.

Ostatnie punkty przed wodopojem w Dömös.

Za budynkami od razu rozpoczyna się podbieg, powoli też zaczyna świtać. Na 32 kilometrze wybiegam samotnie na skrzyżowanie szerokich dróg. Nie widzę kolejnej szarfy, więc zakładam, że powinienem zacząć zbiegać prosto przed siebie. Po pewnym czasie jednak mam przeczucie, że coś jest nie tak. Zaczynam zawracać, ale widzę słabe światło czołówek zmierzających w moją stronę. Zaczynam więc zbiegać dalej. Po pewnym czasie droga zakręca i inni zawodnicy znajdują się nademną. Krzyczą coś po Węgiersku, niestety nie rozumiem. Proszę o komunikację w języku angielskim – pytają czy widzę znaki. Odpowiadam niezbyt wesołym głosem, że nie. Ok, pomyliliśmy drogę, zawracamy. Tym sposobem nadrobiłem kilometr drogi. Niedługo rozpoczyna się zbieg do Pilisszentlélek. Tutaj zaczynam powoli odczuwać pasmo w prawej nodze. Póki co bardzo delikatnie, także specjalnie się tym nie przejmuję. Przebiegając przez miejscowość widzę samochód mojego supportu – tylko gdzie u licha ten punkt? Bałem się, że coś pokręciłem i biegnąc za innymi zawodnikami minąłem go. Na szczęście po półtorej kilometra wybiegamy na szeroką polanę pod ruinami klasztoru, widzę namiot i tabliczkę – są też moi bliscy! W końcu możemy wymienić kilka zdań. Przy okazji zostawiam czołówkę, zabieram ze sobą dwa żele, uzupełniam płyny I jem coś słonego. Mówię, że coś zaczynam kolano czuć, ale chyba minie.

Czwarty punkt odżywczy.

Zaraz za Pilisszentlélek rozpoczyna się podbieg, także nie czuję problemów z kolanem. Spotykam Marka, wymieniamy kilka zdań, ale jestem trochę szybszy i wyrywam do przodu. Niestety, za jakiś czas rozpoczyna się zbieg, a następnie dość długi odcinek asfaltu. Noga zaczyna bardziej boleć, coraz częściej muszę przechodzić do marszu, rozciągać ją. W końcu wyjmuję opaskę I zakładam ją na kolano, trochę pomaga, ale nie na długo. Kolejne osoby mnie wyprzedzają, w tym Marek, który już widzi, że nie jest wesoło. Muszę tutaj powiedzieć, że nie było ani jednej osoby, która mijając mnie nie zapytała się czy wszystko jest ok – nieważne w jakim języku!

Wiele godzin w błocie i przemoczonych butach.

Wbiegnięcie po kilkudziesięciu kilometrach miękkiej nawierzchni na asfalt było mało przyjemne. Ale wiem, że niedługo dobiegnę do miasteczka z jedzeniem i pomiarem czasu, gdzie będę mógł wziąć od Magdy jakieś maści, może trochę to rozmasujemy. Niestety, ku mojemu zaskoczeniu na punkcie w Pilismarót ich nie ma, patrzę na komórkę a tam SMS „Jesteśmy na 5”. Odpisuję, że „to dziwne bo ja też”. Jak się okazało, organizatorzy zmienili miejsce w którym powinien być punkt i moje wsparcie szukając go pojechało w innym kierunku. Zdziwiłem się, że znowu czeka na mnie jedzenie, ale to dobrze – trochę sera i oliwek zawsze podnosi na duchu. Na szczęście czekali przy oznaczeniach biegu, więc dość szybko się spotkaliśmy. Złamałem trochę regulamin biegu, gdyż poza „aid station” nie można było nic przyjmować od osób z zewnątrz. Stwierdziłem jednak, że to niedokładne oznaczenie punktów przez organizatorów tutaj zawiniło, zresztą i tak walczę praktycznie o przeżycie nie o wynik. Na odchodne mówię tylko, że chyba na następnym punkcie pożegnam się z biegiem. Usłyszałem, żebym się nie poddawał i pobiegłem dalej.

Po wielu kilometrach miękkiej nawierzchni, asfalt potrafił wykończyć.

Do następnego postoju w miejscowości Dömös miałem 10 kilometrów. Najpierw dość długie podejście, które nie sprawiało problemów, kiedy teren stał się bardziej zróżnicowany coraz wyraźniej czułem prawą nogę, a i druga zaczynała w końcu krzyczeć, że ma dość. Niestety odciążanie prawej spowodowało przeciążenie drugiej. W dość łatwym terenie wyprzedzają mnie kolejne osoby. Gdy w końcu dobiegam do asfaltu przechodzę do marszu. Cel już niedaleko, w oddali widzę zmierzające w moim kierunku tatę. Niestety, nie mam dobrych wiadomości. Na punkcie numer sześć informuję obsługę, że jestem zmuszony zrezygnować z biegu. Oferują możliwość przespania się i odpoczynku, ale gdy mówię, że nic to nie da informują jak wrócić do Szentedre. Na szczęście moje wsparcie ma samochód! Siadam na ławce, przemiły Pan z obsługi otula mnie kocem, aby nie było mi zimno. Widzę jak dobiegają kolejne osoby. Są i Polacy. Życzę im powodzenia I powoli zbieramy się do miejsca, gdzie zaparkowany jest samochód. Trzeba pokonać jeszcze 1,5 kilometra. Jak się okazuje dla mnie to trochę za dużo, bo po kilkunastu minutach siedzenia kolana totalnie ześwirowały i ledwo mogłem chodzić. Tak oto skończyło się moje marzenie o UTH111.

A samej organizacji imprezy oraz kosztach wyjazdu na tego typu zawody napiszę w osobnym artykule. Salut!