UBS GRAPA Vertical – relacja Pawła Pluty

Dzięki konkursowi zorganizowanemu przez portal „Biegam gdzie chcę” miałem przyjemność wystartować w UBS GRAPA Vertical – Puchar Polski Skyrunning. Jak sama nazwa wskazuje bieg pozbawiony został wszelkich czynników, które mogłyby pozwolić uczestnikom cieszyć się z przebywania w górach. Nie było skomplikowanej trasy biegnącej przez rzadko uczęszczane zakątki, długich grani z pięknymi widokami, czy niezapomnianego wschodu słońca na ileśtamdziesiątym kilometrze. Pozostała za to esencja biegania po górach, czyli naprawdę solidny podbieg.

Do Szczyrku dojechaliśmy przed 9:00. Mój wierny fanclub ruszył zielonym szlakiem w poszukiwaniu mety, a ja spokojnie szykowałem się do startu. Pierwszy plusem dla organizatorów był darmowy parking. Kilka kroków dalej, w rejonie dolnej stacji kolejki krzesełkowej na Skrzyczne, znajdowało się biuro zawodów i linia startu. Sprawnie dopełniłem formalności i odebrałem numerek wraz z pakietem startowym, którego zawartość szczególnie ucieszyła wielbicieli makaronów. Co ciekawe wszyscy zawodnicy zostali podzieleni na 4 grupy. Wszyscy startowali pojedynczo w 15 sekundowych odstępach plus dodatkowa przerwa miedzy kolejnymi grupami.

Minuty powoli upływały, a ja miałem czas zrelaksować się i przygotować do startu. Z czasem zawodników przybywało. Na szczęście nie brakowało miejsca do rozgrzewki czy odpoczynku. Wreszcie nadeszła godzina startu. W strefie ustawili się zawodnicy z grupy A. Pierwszy biegacz wystartował równo o 11:00. Na trasę ruszali kolejni zawodnicy, a ja czułem coraz większe napięcie. Bieg ten dość niespodziewanie pojawił się w kalendarzu i nie byłem pewien czy jestem właściwie przygotowany, ale teraz gdy wraz z cała grupą C stałem na starcie było za późno na takie analizy. Konferansjer wywoływał kolejnych zawodników, którzy rozpoczynali zmagania. Wreszcie i ja stanąłem przed fotokomórką. 15 s, 14, 13… 7, 6, pi, pi, pi, pi, piii. Bramka otwarła się i ruszyłem na trasę. Stok od razu stawał dęba, a śliska trawa nie ułatwiała zadania. Spiker odczytał też moje imię i nazwisko i dodał nazwę klub: KW Gliwice, co podwójnie zmotywowało mnie do walki. Ku chwale naszej społeczności górskiej! Kilkanaście kroków dalej wzniosłe hasła ucichły i zaczęła się prawdziwa walka. Płuca pracowały na najwyższych obrotach, serce waliło z całych sił. Myśli krążyły tylko wokół kolejnych kroków. Starałem się utrzymywać równe tempo. Co chwila zerkałem na wysokościomierz. Dopiero 100 m za mną, jeszcze ponad 600. Jak ja to wytrzymam? Na szczęście znów głowa się wyłączyła i powoli posuwałem się w górę. O! 250 metrów pokonane. Zdobyłem się na lekki uśmiech w stronę wycelowanego we mnie obiektywu. Niech wszyscy wiedzą, że zabawa była przednia. Wreszcie stok nieco się położył, połowa dystansu była już za mną. Teraz można było lekko przyspieszyć. Jednak już po chwili znów robiło się stromo. Koniec biegania. Do szczytu było już coraz bliżej. Uda piekły niemiłosiernie, ale znów włączyłem tryb maszyny i w bezdusznym rytmie wspinałem się na usłaną kamieniami ściankę.

Stok znów lekko się przełamywał. Kątem oka obserwowałem maszt nadajnika, który był coraz większy. W partii podszczytowej zauważyłem tatę, który ostro dopingował do walki. Znów zacząłem biec. Kasia i mama głośno kibicowały. Metę pokonałem po 34:45,2 od startu. Na szyi od razu wylądował bardzo fajny medal, a ja próbowałem się nie przewrócić. Szczęśliwy usiadłem na ziemi, łapczywie wypiłem Nutrenda i powoli dochodziłem do siebie.

W pakiecie był zjazd kolejką, ale postanowiłem zejść na dół wspólnie z rodzicami i Kasią. W bazie zawodów czekał już pyszny żurek, a kilkadziesiąt minut później odbyło się ogłoszenie wyników i nagrodzenie najlepszych zawodników. Całą imprezę oceniam bardzo pozytywnie. Przyjazna atmosfera, sprawna organizacja, świetny bieg. Mam nadzieję, ze za rok również będę miał okazję wziąć udział w tej imprezie.

Relacja – Paweł Pluta
Fotografie – Katarzyna Krasa