Dżises Krajst look – „Ostatni Maraton” Piotra Kuryło subiektywnie

Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. […] Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. (Mt 6:1, 5-6)

Tym, dość nietypowym cytatem chciałbym rozpocząć krótką recenzję książki „Ostatni Maraton” autorstwa Piotra Kuryło – niedługo zrozumiecie dlaczego.

Jak zapewne wiecie, Piotr Kuryło obiegł ziemię dookoła w ciągu jednego roku, jest ultramaratończykiem, który omal nie wygrał kilka lat temu Spartathlonu, wcześniej dobiegając do Grecji na własnych nogach. Można by rzecz, że ostatnio robi się o nim głośno w świecie biegowym, co ciekawe jednak – nie wśród samych „ultrasów”. Jakiś czas temu pojawił się mocno kontrowersyjny artykuł, który wydawałoby się dość jasno wskazywałby przyczyny „niechęci” środowiska biegów ultradługich. Choć mogłoby się wydawać, że tekst jest zwykłym paszkwilem, już pierwsze strony książki jasno pokazują, że jednak coś jest na rzeczy. Chodzi oczywiście o historię dotkliwego pobicia polskiego biegacza na Spartathlonie …

Ostatni Maraton, fragment okładki

Ostatni Maraton, fragment okładki

Ale, wróćmy do książki.

Po przeczytaniu „Biec albo umrzeć” Kiliana Jorneta, myślałem, że prędko w moje ręce nie trafi tak fatalny tytuł poświęcony tematyce biegowej. Jakże było moje zdziwienie, gdy dzięki uprzejmości jednego biegacza z grupy Ultrarunning Polska mogłem w końcu zagłębić się w książkę Kuryły. Choć „zagłębić się” to w tym przypadku dość wyniosłe słowo. Jak się okazuje, bieg dokoła globu, który trwał rok można zmieścić na niecałych 170 stronach, z czego jakieś 15-20 zajmować będą fotografie. Ale jak to się mówi – nie należy oceniać książki po okładce (a w tym przypadku po grubości). Niestety, w środku lepiej nie jest.

Uczucie jakie towarzyszyło mi w trakcie przewracania kolejnych stron najlepiej chyba odda słowo „zażenowanie”. Tak, byłem najzwyczajniej w świecie zażenowany, że zamiast książki, która łączy dwie wspaniałe rzeczy – podróże i bieganie, otrzymałem historię człowieka obnoszącego się swoją wręcz groteskową pobożnością, oceniającego bardzo łatwo i chętnie ludzi napotkanych na swej drodze, z typowym dla niektórych podejściem „mi się należy”.

Jeden fragment szczególnie zwrócił moją uwagę, mimo, że bardzo krótki. Sytuacja dzieje się w USA. Pewien pastor przyprowadza do domu obcego człowieka, nie znającego w ogóle języka i zapewne wyglądającego niezbyt wyjściowo po tylu dniach biegu. Żona nie jest zachwycona – co wcale mnie nie dziwi, jestem w stanie w pełni zrozumieć, że ktoś ma obawy przed goszczeniem takiej osoby u siebie w domu. Ostatecznie autor nocuje na podwórku w namiocie. Dodaje jednak:

Zanim zasnąłem, pomodliłem się za żonę pastora. Ileż to jej niewłaściwych zachowań widział już Bóg, który wszystko widzi?

Jak już wspomniałem – autorowi bardzo łatwo przychodzi ocenianie innych, nawet zupełnie obcych ludzi. W dalszych akapitach dowiadujemy się również, że żona prawdopodobnie pobiła swojego męża pastora, ale wizyta polskiego biegacza zmieniła jego życie.

Prócz rad małżeńskich znajdziemy także ciekawą analogię uzależnienia alkoholowego do biegania.

Telewizja nadaje wiele reklam piwa, nie jest to przecież zabronione. Ten, zdawałoby się niegroźny napój, zawiera jednak alkohol, którzy szybko uzależnia. Ja przecież też nie od razu startowałem w maratonie. Zaczynałem od krótszych biegów. Tak samo jest z piwem – po nim łatwiej sięga się po mocniejsze trunki.

Co ciekawe nasz bohater nie omieszkał także pouczyć na temat zostawiania swojej rodziny i wyruszania w świat (sic!).

Chociaż Andrzej był już po sześćdziesiątce, wziąć miał werwę i zapał do poznawania nowych rzeczy. Szkoda tylko, że nie zauważał przy tym, jak bardzo potrzebuje go jego rodzina. Jego córka i syn na pewno by woleli, żeby ojciec był z nimi blisko. Cieszyłem się w duszy, że ja się w porę opamiętałem. Biegiem dla Pokoju kończę własne szaleństwo. Po powrocie do domu wreszcie będę mógł zapuścić korzenie i zająć się rodziną.

Jest to groteskowe tym bardziej, gdy przeczytamy jedne z ostatnich słów, które można znaleźć w „Ostatnim Maratonie”.

Już nikt nie zobaczy mnie biegnącego, bo człowiek jest wart tyle, ile jego słowo. Ja dałem słowo rodzinie, że to już koniec z moim bieganiem, i zamierzam tego słowa dotrzymać – powiedziałem na pożegnanie.

Żona co prawda zwolniła go z danego słowa, ale czy podkreślając wielokrotnie i prawiąc morały na temat honoru i słowności nie powinno się być konsekwentnym?

fot. Piotr Kuryło

fot. Piotr Kuryło

Bardzo, ale to bardzo żałuję, że ten tytuł tak mnie zawiódł. Czytałem trochę książek o podróżach dookoła świata, byłem na wielu prelekcjach znanych i mniej znanych podróżników – temat jest niezwykły i inspirujący. A ta książka zamiast pokazać tę różnorodność, opisać tak różne rejony świata, próbuje moralizować i to w sposób, który szybko potrafi czytelnika zażenować. Na informowanie czytelnika na co drugiej stronie o tym, że autor pomodlił się przed posiłkiem, albo przed snem, albo w trakcie dnia spuszczę zasłonę milczenia – myślę, że cytat na samym początku tekstu wystarczy.

Nie chciałbym, żeby źle mnie zrozumiano. Trudno nie wyrazić podziwu dla wyczynu jakiego dokonał Piotr Kuryło (wydaje mi się, że Kolos za Wyczyn Roku mówi sam za siebie), natomiast książka którą sam napisał, przedstawia go w co najmniej kiepskim świetle, a do tego jest wyjątkowo trudno zjadliwa.

Nie polecam, odradzam, szkoda czasu i pieniędzy.

  • Karol Schröder

    jaki autor, taka książka.

    • AvantaR

      Chciałem uniknąć takich stwierdzeń „wprost” :)

  • Artur Kaliś

    Dzięki za recenzję. Zabieram się w takim razie za Scotta Jurka :)

    • AvantaR

      Scotta można z czystym sercem polecić. Chyba najbardziej wyważona i najlepsza w mojej historii książka o bieganiu. Lubię wracać :)