Beskidzka 160 na raty – edycja wiosenna

Pierwsze poważniejsze zawody w tym roku już za mną. Było wiele obaw, głównie ze względu na moją kontuzję, ale ostatecznie wszystko zaskoczyło tak jak powinno i ostatni weekend, który spędziłem w Beskidzie Śląskim i jego okolicach uważam za niezwykle udany.

Beskidzka 160 na raty to impreza stosunkowo młoda i mało znana. Do tej pory odbyły się dwie edycje – wiosenna i jesienna 2013. Czyli można powiedzieć, że te zawody otwarły nowy sezon – 2014. Impreza kameralna, gdyż na dwóch trasach wystartować mogło około 130 osób. Rywalizować można było na dwóch dystansach – krótszym, który liczył około 45 kilometrów, oraz dłuższym – 85 kilometrów.

Baza zawodów znajdowała się na Górze Chełm w Goleszowie, w starej bazie szybowcowej, która aktualnie pełni funkcję schroniska. Warto tu dodać, że miejsce to niezwykle urokliwe i spokojne, a warunki, jakie zapewnili organizatorzy w ramach pakietu startowego były naprawdę na piątkę (darmowe noclegi w łóżkach dosłownie 50 metrów od linii startu i mety).

Odprawa

fot. Magdalena Późniewska

Wraz z Magdą przyjechaliśmy w piątek wieczorem, przywitał nas deszcz, który jak później miało się okazać – towarzyszył mi przez cały bieg. Dostaliśmy nasze łóżeczka i o godzinie 22 grzecznie już leżeliśmy pod śpiworkami, gdyż start zaplanowano na piątą rano. Wstać trzeba było jednak wcześniej, bo już o 4:30 zaczynała się odprawa. Wszystko poszło bardzo sprawnie i impreza wystartowała o czasie.

Od samego początku towarzyszył nam deszcz. Przyznam szczerze, że obawiałem się go straszliwie i siedziało to gdzieś z tyłu mojej głowy od dłuższego czasu. Jak się jednak okazało – z wodą można, a nawet trzeba się zaprzyjaźnić. Teraz już wiem, że mogę biec kilka godzin w deszczu i nie robi to na mnie większego wrażenia.

źródło: http://www.beskidzka24.pl

fot. http://www.beskidzka24.pl

Przebiegnięcie Małej i Wielkiej Czantorii poszło bardzo gładko. Pierwszy punkt kontrolny znajdował się na Soszowie. Był to 20 kilometr, a mój zegarek wskazywał trochę ponad 2 godziny – całkiem niezły czas pomyślałem. Podbiłem kartę, uzupełniłem płyny i pobiegłem dalej, tym razem już w doliny, w stronę Hotelu Stok. Tam kolejne podbicie karty, tym razem już na bezobsługowym punkcie kontrolnym. Był to 23 kilometr i jak się okazało – dopiero tutaj zaczynało się prawdziwe wyzwanie – podejście pod wyciągiem, około 200 metrów w pionie, na kilometrowym odcinku. Dalej nie było łatwiej, trasa poprowadzona była jak najbardziej górzyście, co za tym idzie, non stop traciliśmy jak i zdobywaliśmy wysokość. Dobiegnięcie do punktu odżywczego na 30 kilometrze nie było łatwe, ale uzupełnienie kalorii szybko przywróciło mi siły.

fot. Rafał Brzóska

fot. Rafał Brzóska

Teraz czekała nas chyba najtrudniejsza część biegu, przynajmniej psychicznie – podbieg na Wielką Czantorię. Prawie 600 metrów do góry na odcinku zaledwie 2,5 kilometra. Każdy kto był w tych okolicach wie, że zwykłe podejście na Czantorię jest męczące, teraz było po prostu wielką próbą charakteru! O dziwo udało mi się dotrzeć na szczyt bez większych problemów, zaczęło jednak robić się zimno i marzyłem tylko o tym, aby jak najszybciej znowu tracić wysokość i dobiec w jakieś cieplejsze miejsce.

Ostatni biegacze uciekli mi zaraz za szczytem Małej Czantorii i praktycznie do samej mety biegłem już samotnie. Moje problemy z ITBSem powoli zaczynała dawać się we znaki, także zamiast błyskawicznie pokonywać zbiegi, musiałem na nich … zwalniać. Ostateczną próbą była Wyrgóra, stary kamieniołom, który w ulewnym deszczu mógł być śmiertelnie niebezpieczny (nie bez powodu zamontowano tam kawałek poręczówki w najbardziej newralgicznym miejscu). Na szczęście strach ma wielkie oczy i samo pokonanie Wyrgóry bardzo trudne nie było, choć na pewno dostarczyło mnóstwa wrażeń.

fot. Magdalena Późniewska

fot. Magdalena Późniewska

Na metę wpadam z czasem 6 godzin i 21 minut, co daje mi ostatecznie 18 miejsce w kategorii OPEN trasy krótkiej. Wynik ten jest dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, szczególnie kiedy pomyślę, że ze względu na kontuzję już samo ukończenie zawodów było szczytem moich marzeń. Bardzo miłym zaskoczeniem był przyjazd mojego taty i doping na ostatnich metrach. A za linią mety czekała już Madzia uzbrojona w aparat :)

Sama impreza naprawdę bardzo solidnie zorganizowana. Bardzo kameralny bieg, co super wpływa na atmosferę. Organizatorzy naprawdę włożyli mnóstwo pracy podczas samych zawodów. Na trasie ustawiono kilku fotografów, drogi pilnowane były przez policję i straż, a na mecie, pomimo fatalnej pogody czekali organizatorzy z uśmiechem i pięknym medalem.

Medal

fot. Magdalena Późniewska

Impreza może mało znana, ale zdecydowanie warta udziału! Kolejna edycja już we wrześniu, polecam!

Więcej zdjęć w galerii autorstwa Magdy, zapraszamy :)