Co z tobą nie tak blogosfero?

Dawno nic nie pisałem. To fakt. Nawet po katastrofie organizacyjnej na Beskidy Ultra Trail jakoś nie siadłem do napisania kilku zdań (a w głowie siedziało dużżżooo niecenzuralnych myśli). Dlatego tym bardziej mi smutno, że do napisania kolejnego tekstu popycha mnie wydarzenie bynajmniej nie radosne – czyli to o czym mówi teraz każdy biegowy bloger – śmierci jednego z biegaczy na trasie “Biegnij Warszawo”.

Powiem wprost i bez ogródek – jestem obrzydzony. Jestem obrzydzony i zniesmaczony dużą częścią biegowej blogosfery. Z reguły niedobrze robi mi się gdy widzę górnolotne teksty na poziomie Bravo Girl. Ale do tego już przywykłem – rzygające tęczą jednorożce to niestety stały element w tym “biznesie”. To można przeboleć. Natomiast jak widzę teksty na temat tego nieszczęśnika, który zakończył przygodę z tym życiem na mecie “Biegnij Warszawo” i całej związanej z tym sytuacji to ciśnienie skacze.

Sami eksperci! Każdy oczywiście znał tego chłopaka i dobrze wie ile trenował, jak trenował, czy był przygotowany, czy miał przeciwwskazania zdrowotne. No generalnie każdy znał go lepiej, niż on sam siebie.

Pomyślcie ludzie zanim coś napiszecie. To, że sobie biegacie od dwóch lat (strzelam, więc nie ma co tego dopasowywać do jakiegokolwiek bloga), wklejacie sweet focie z każdej możliwej sytuacji czy też testujecie sprzęt najbardziej zajebistej firmy, nie daje Wam żadnego prawa oceniać w taki sposób tego wypadku. Oczywiście każdy tekst “nie ma tego na myśli”, “odnosi się do ogółu zdarzeń” itd. Nie zmienia to faktu, że pochylacie się nad konkretnym człowiekiem, który może przygotowywał się do tego biegu dłużej niż Wy w ogóle biegacie, a jego stan zdrowia był bardziej niż zadowalający. A Wy go wrzucacie do worka z podpisem “z motyką na słońce”. To nie jest fair.

Wystarczy, że po wyprawie na Broad Peak musiałem oglądać i wysłuchiwać oskarżeń w kierunku ludzi, którzy najzwyczajniej ratowali swoje życie. Tak teraz nie dość, że w mediach będziemy mieli biegaczy-celebrytów, którzy na pewno znają złoty środek jak takich sytuacji uniknąć, to jeszcze co drugi biegowy bloger przedstawi złotą receptę, wskaże winnych, a przy okazji poczuje się lepiej – no bo  w końcu jemu, super blogerowi, zawał serca, czy inne cholerstwo zupełnie nie grozi.

A życie i tak zrobi po swojemu śmiejąc się z nas po cichutku w kącie …