Festiwal Biegowy w Krynicy

Festiwal Biegowy w Krynicy to bez wątpienia jedna z największych biegowych imprez w Polsce. Tysiące biegaczy, kilkanaście biegów na różnych dystansach i atmosfera wielkiego biegowego święta.

Do Krynicy dojechałem późnym popołudniem w piątek. Jadąc przez te urocze górskie uzdrowisko od razu można było poczuć, że ma miejsce wyjątkowe wydarzenie. Ze wszystkich stron wybiegają biegacze, na chodnikach, w sklepach i knajpach prawie sami ludzie z pakietami startowymi, w ubraniu sportowym. Święto biegania – tylko tak można to określić. Niesamowity klimat, który poczuć można na przykład w Chamonix, światowej stolicy alpinizmu, gdzie ulice pełne są wspinaczy i tworzy się niepowtarzalna atmosfera.

Zostawiliśmy samochód niedaleko naszego miejsca noclegowego i udaliśmy się w stronę Bulwarów Dietla, gdzie znajdowało się samo serce Festiwalu – biuro zawodów, expo biegowe oraz oczywiście start i meta w jednym. Odbiór pakietu przebiegł bardzo sprawnie, dostaliśmy fajne woreczki (które można nosić na plecach) festiwalowe, koszulki (Magda zwykłą, ja techniczną), numerki startowe, chipy oraz inne gadżety (Runner’s World, jakieś próbki maści itd.). Szybki powrót do pokoju, chwila odpoczynku, zmiana ciuchów i już udajemy się na nasz pierwszy bieg – 7 kilometrowy Bieg Nocny.

Po drodze łapie nas telewizja TVP, udzielamy krótkiego wywiadu i szybko docieramy na start. Zaskoczeniem była niewielka frekwencja, mogło to wynikać z dość niskiej temperatury, która mogła odstraszyć niektórych biegaczy. Krótka rozgrzewka, ustawiamy się wśród grupki biegaczy i czekamy na start. Krótki wprowadzenie spikera i startujemy! Najpierw po płaskim, pętelka po deptaku i wybiegamy na ulicę w stronę Tylicza. Trzy i pół kilometra podbiegu, a później to samo z górki. Trzeba przyznać, że nie spodziewaliśmy się, aż tak ostrego podbiegu, ale dajemy radę. Nad naszymi głowami bezchmurne, rozgwieżdżone niebo, na trasie wielu kibiców mimo późnej pory. Biegnie nam się świetnie. Trasę pokonujemy w spokojnym tempie w 45 minut, wiedząc, że na drugi dzień czeka nas Życiowa Dycha, czyli debiut Magdy na dystansie 10 kilometrów. W pokoju szybkie piwko, kawałek ciasta (trzeba uzupełnić węgle), krótka posiadówka z częścią BBL Mikołów i idziemy do łóżka.

Rano jemy szybkie śniadanko w postaci pizzy z poprzedniego dnia, co dostarcza nam całkiem niezły zapas energii i wyruszamy do “miasteczka festiwalowego” na start Biegu na Górę Parkową, w którym brać udział ma znajomy. Później szybka kawka, ciacho i znowu udajemy się w stronę startu. Tym razem liczba uczestników jest ogromna. Z tego co mówi spiker – w biegu startuje niecałe 2 tysiące osób. Pogoda piękna, ale nie najlepsza do biegania – świeci mocne słońce i jest bardzo ciepło jak na tę porę roku. Meta znajduje się w Muszynie, bieg, mimo, że z górki, ze względu na pogodę nie jest łatwy. Po dobiegnięciu na metę zastajemy … kolejkę do wody. Widząc stopień zmęczenia Magdy przeskakuję przez barierki i idę do pobliskiego sklepu kupić jakieś napoje. Niestety w tym miejscu organizatorzy nie popisali się, nie rozumiem jak przy wydawaniu wody mogły być takie kolejki. Na mecie robimy sobie trochę fotek, czekamy na otwarcie ulic i wracamy do Krynicy. Powoli zaczynam się coraz gorzej czuć. Okropny ból głowy, fatalne samopoczucie. Ostatecznie ląduję w toalecie witając się z muszlą klozetową. Wygląda to na przegrzanie i odwodnienie organizmu. Dopiero później uświadamiam sobie, że przed biegiem wypiłem jedynie kawę, a, że był to bieg treningowy to zupełnie go zbagatelizowałem. “Umierając” w łóżku mam trochę czasu, żeby wyciągnąć wnioski. Na szczęście udaje mi się zasnąć i po dwóch godzinach budzę się jak nowo narodzony. Była to bolesna nauczka, bałem się, że nie dam rady pobiec w maratonie.

W niedzielę rano pogoda była fantastyczna – słońce, jeszcze chłodne, lepiej chyba być nie mogło. Na śniadanie zjadłem trochę Wasy z dżemem, wypiłem wody i zjadłem kawałek banana. Nie ma co ukrywać – bałem się, czy po wczorajszej przygodzie dam radę przebiec królewski dystans (i to po górach). O 8:30 start, zaczynamy dokładnie taką samą trasą jak Życiowa Dycha, czyli pierwsze 10 kilometrów z górki. Ten odcinek pokonuję w 50 minut, także jest nieźle. Mógłbym szybciej nie tracąc więcej sił, ale bałem się jednak nieznanego, które czeka mnie po 25 kilometrze. Koło 12 kilometra uciekam w krzaczki, bo bałem się, że później już nie będzie okazji (w sumie nie było to głupie bo od 20 kilometra znów biegło się przez miasta, główną drogą, także problematyczna sprawa). Po nauczce poprzedniego dnia, na każdym punkcie odżywczym piję wodę, czasem izotonik, jem także banany i ciasteczko od mojej ukochanej. Koło 27 kilometra odbijamy w stronę Tylicza. Tam zaczyna się prawdziwa walka – nie dość, że zmęczenie, to jeszcze praktycznie ciągły 11 kilometrowy podbieg. W okolicach 34-35 kilometra zaczyna się najgorsze – naprawdę spora górka, która sprawia, że po raz pierwszy zamiast biec zaczynam iść. Było to jednak dobre rozwiązanie, większość osób, która biegła, traciła niepotrzebnie siły i bardzo szybko ich doganiałem (oszczędzając przy tym nogi). Na 38 kilometrze dobiegamy do najwyższego punktu trasy i tu zaczyna się ostateczny finisz – 3,5 kilometra z górki, aż do mety. Wydawałoby się, że będzie to zbawienne dla naszych nóg. Nic bardziej mylnego, o ile ogólnie organizm się cieszył, tak moje nogi płakały. Po kilkunastu kilometrach podbiegu, nagły i do tego ostry zbieg był bardzo bolesny. Ale wiedziałem, że to już końcówka i muszę wytrzymać jeszcze trochę.

Ostatni odcinek, wśród wiwatujących kibiców był niesamowitym doświadczeniem. Po przekroczeniu mety miałem autentycznie łzy w oczach. Wszystko mnie bolało, bałem się, że znowu zwymiotuję, ale byłem szczęśliwy. Udało się, ukończyłem pierwszy w życiu maraton. I to jaki maraton! Czas 3:49:08 dał mi 173 miejsce OPEN i 25 w mojej kategorii wiekowej, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. O dziwo bardzo szybko pozbierałem się i godzinę po maratonie, moje samopoczucie było już naprawdę ok. Duża w tym zasługa mojej kochanej supporterki, która nie dość, że mnie napoiła to zrobiła też bardzo potrzebny masaż.

Ciężko mi podsumować ten Festiwal. Były wpadki organizatorskie, były niedociągnięcia. Ale wszystko rekompensowała mi fantastyczna atmosfera, mnóstwo kibiców i ten biegowy klimat, który rozlewał się po całej Krynicy. Wielu ludzi bardzo narzekało, że impreza robi się coraz bardziej komercyjna. Jako, że byłem pierwszy raz to ciężko mi porównywać, ale mówienie, że Festiwal Biegowy w Krynicy był w tym roku porażką lub niepowodzeniem – uważam to za spore nadużycie. Bądź co bądź jest to impreza unikatowa na (chyba) skalę europejską. Większość błędów da się w łatwy sposób wyeliminować. Ja wróciłem z Krynicy bardzo zadowolony i ani przez chwilę nie żałowałem, że spędziłem ten weekend właśnie tam. Wszystkich zachęcam do pojechania za rok, ja na pewno tam będę :)