Trzeba po prostu biec – II Pszczyński bieg uliczny

image

W ostatni weekend brałem udział w dwóch biegach – w sobotę, w nocnym Biegu Świetlików, na 6 kilometrów w Dąbrowie Górniczej, w niedzielę, w Pszczynie w drugiej edycji tamtejszego biegu ulicznego, na dystansie 10 kilometrów.

O pierwszym biegu nie chcę nawet pisać. Pierwszy raz zdarzyło mi się wrócić z jakiś zawodów tak zniesmaczonym i szczerze żałując, że się pojechało.

Natomiast Bieg w Pszczynie to wielkie wydarzenie dla mnie. Od jakiegoś czasu sadzę się na złamanie 40 minut w biegu na 10 kilometrów. Do tej pory się nie udało, choć  zasadniczo była tylko jedna, oficjalna próba na zawodach. Trasa w Pszczynie jest dosyć płaska, więc jest szansa na poprawianie swoich życiówek.

image

Było tylko jedno … w sumie nie jedno, było kilka “ale”. Przede wszystkim pogoda – upał, słońce i mordercza trasa z powodu braku cienia na 95% trasy. Nigdy nie ukrywałem, że nie lubię ciepła i z lekkim utęsknieniem czekam na zimowe bieganie. Druga sprawa to zmęczenie po biegu w Dąbrowie. Zawody na krótsze dystanse zdecydowanie bardziej mnie “niszczą” niż biegi długie. A jako, że bieg odbywał się wieczorem, to do imprezy w Pszczynie miałem tylko kilka godzin na regenerację.

Chętnych na łamanie 40 minut nie było. Marcin, który pierwotnie wspominał o takich planach jednak zrezygnował z nich. Zresztą nie dziwię się, praktycznie wszyscy z naszej BBLowej braci, trochę bali się ciężkich warunków atmosferycznych. Sam zresztą ostatecznie nie nastawiałem się na walkę o te 40 minut. Powiedziałem sobie – spróbuję wejść do pierwszej pięćdziesiątki i będę zadowolony.

image

Udało mi się stanąć mniej więcej z przodu, w okolicach 2-3 rzędu. Po wystrzale zabytkowego pistoletu wszyscy ruszyli. A trzeba przyznać, że impreza przyciągnęła sporo dobrych biegaczy. Ci od samego początku narzucili takie tempo, że nie miałem żadnych złudzeń – o miejsce raczej nie powalczę. Pierwszy kilometr 3:35, drugi 3:53, a ludzie zaczynają mnie wyprzedać. Myślę sobie – o kurcze, albo za chwilę część opadnie z sił, albo wyjątkowo mocno się ludzie dzisiaj czują. Kilometr trzeci z czasem 4:03 jasno mi pokazał, że opadam z sił. Ku mojemu zaskoczeniu na czwartym kilometrze czas się poprawił na 3:55. Wtedy powoli zacząłem kalkulować ile sekund powyżej czterech minut na kilometr mogę mieć, żeby zmieścić się w upragnionym czasie 39:59. Dość szybko porzuciłem matematyczne zagadki, wiedziałem jedno … muszę po prostu biec.

Ten bieg to była walka z innymi biegaczami, oni jakby nie istnieli. Byłem tylko ja, mój umysł i ciało, które musiałem jak najefektywniej wykorzystać. Możecie się śmiać, ale to jest właśnie to czego szukam w bieganiu. I znajduję to. 100% skupienia, 100% bycia tu i teraz, 100% polegania na sobie. I ten moment, w którym gdzieś z tyłu głowy słyszysz “zwolnij i tak nie dasz rady”, “zatrzymaj się, odpocznij, to nie ma sensu”. Moment w którym musisz sam siebie przekonywać, oszukiwać i walczyć ze swoją psychiką. Przede mną widzę, że ktoś skuszony tymi namowami zatrzymuje się, przebiegam obok i krzyczę próbując dodać mu otuchy “dajesz, dajesz”.

Na 9 kilometrze napotykamy na spory podbieg. Niezbyt długi, ale za to dość solidny. Endomondo przekazuje mi czas 4:21 – podbieg dał się we znaki. Patrzę na zegarek – jest jeszcze szansa powalczyć. Biegnę teraz już na całego, mając świadomość, że długo takiego tempa nie wytrzymam. Jeden zakręt, mocny zbieg, drugi zakręt, podbieg i zbieg z mostku, kolejny zakręt. “Gdzie ta meta?” mówię sam do siebie. W końcu zaczyna wyłaniać się zamek, to jeszcze tylko jakieś 100 metrów, próbuję wyłuskać z siebie ostatnie resztki sił.

Wbiegając na metę wśród dopingu kibiców, widzę na dużym wyświetlaczu czas 00:40:01. To już koniec. Nie udało się. Zrezygnowany uśmiecham się sam do siebie zarzucając soczystym “no kur**, no nie”. Ktoś wręcza mi medal, a ja ledwo stojąc na nogach jestem zarazem szczęśliwy, że to już koniec, jak i zawiedziony, że tak niewiele zabrakło.

image

Przychodzi SMS. Nie mam sił nawet wyciągnąć komórki z pokrowca. Patrzę tylko kątem oka – wiadomość z wynikiem. Czas 00:39:59. Nie potrafiłem w to uwierzyć, jednak jakimś cudem wbiegłem na metę sekundę przed wybiciem 40 minuty. Nagle ogarnia mnie niesamowita radość. Coś co wydawało się całkowicie nierealne tego dnia, kiedy już pogodziłem się, że nic z tego – nagle jest moje i nikt nie może mi tego odebrać.

Niesamowite uczucie. Był to na pewno jeden z trudniejszych biegów. Ani Silesia Marathon, ani nic innego nie kosztowało mnie takiej walki ze sobą samym. Po raz kolejny uzmysłowiłem sobie też, że jeśli nie “umieram”, nie przeklinam biegania i nie obiecuję sobie, że “nigdy więcej” – to nie znaczy, że nie dałem z siebie wszystkiego.

Ale dość o wynurzeniach z dziwnych zakamarków mojego umysłu. O biegu tym warto wspomnieć także z innej przyczyny. Była to jedna z lepiej zorganizowanych imprez biegowych na jakich byłem.

image

Za 25 złotych w przedpłacie (40 na miejscu) dostaliśmy pamiątkowy bezrękawnik techniczny, wodę, talon na posiłek oraz (jeśli dobiegliśmy do mety) solidnie wykonany medal (części osób miał być dosłany z tego co pisano w regulaminie). Odbiór pakietów był bardzo sprawny, podobnie jak obsługa depozytu i wydawanie posiłków. Na szczęście tutaj dostawaliśmy solidną grochówkę z pieczywem, nie tak jak w Dąbrowie Górniczej – jogurt z batonikiem …

Warto zaznaczyć także, że organizatorzy widząc jaka szykuje się pogoda, zadbali o dwa punkty zraszania wodą oraz ustawili punkt odżywczy z wodą w połowie trasy.

Do Pszczyny wrócę na pewno za rok, gdyż jest to zdecydowanie impreza warta polecenia!

Fot. Karolina Rząsa oraz Barbara Adamczyk